Wracam do mojego ulubionego tematu "tatrzańsko-zakopiańsko-kasprowiczowskiego". Wszystkim miłośnikom góralszczyzny (i nie tylko) polecam ciekawą pozycję o tytule jak powyżej, obecnie do zdobycia jedynie w antykwariatach (np. internetowych, gdzie kupuję wiele ciekawych książek) lub w bibliotekach publicznych np. Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu.
"W naszym górskim domu" to dalszy ciąg wspomnień Marii Kasprowiczowej obejmujący lata po śmierci poety. Jest to zbiór opowiadań dotyczący ludzi, którzy na dłużej lub krócej związali się z Harendą. Są to przyjaciele górale i przedstawiciele życia kulturalnego pod koniec dwudziestolecia międzywojennego. (Wcześniej na ten temat pisałam dnia 24 lipca 2009 r., post pt. "Zakopane-moja miłość"
Jeden z przyjaciół p.p. Kasprowiczów powiedział (cytat z niniejszej książki): " ... jeżeli kto zwątpił w sens życia z jakichkolwiek powodów, powinien postarać się spędzić parę dni na Harendzie, a ozdrowieje. Jest w tym domu zaklęty silny duch, który tworzy tam atmosferę, powietrze"...
Mnie dane było spędzić na Harendzie niestety zaledwie ok. dwóch godzin, ale proszę mi wierzyć poczułam obecność tego "zaklętego, silnego ducha" w domu, gdzie na werandzie
"Kwiaty nasturcji, gęste,
Nieugaszone rany,
Krwawym wieńcem opasują
Nasz domek drewniany".
A poza tym: " Nie ma tu nic szczególnego
Żadnych tu dziwów świata:
Fundament z skalnych odłamów,
Z płazów świerkowych chata."
Szczególnie zafascynowało mnie w "Naszym górskim domu" opowiadanie pt. "Bal dziecinny", oto fragmenty: ...
"W dniu zabawy, z rana, mówiłam do mojej chrześniaczki, Helci:
- Powiedz dzieciom, że dzisiaj na Harendzie będzie bal. Niech przyjdą o czwartej po południu.
- I niech każde przyniesie z sobą garnuszek...
Dzieci zaczęły się schodzić już o trzeciej. Nie miały cierpliwości czekać dłużej. Toczyły się małe dziewczynki w barwnych spódniczkach, chustkach na głowach, doskonale naśladujące w ruchach swoje własne matki. Za nimi podskakiwała gromadka rozdających sobie po cichu szturchańce chłopców w białych haftowanych spodniach góralskich, jakie noszą od wieków ich ojcowie. Dziewczynki prowadziły jeszcze mniejsze dzieci, które też przyszły popatrzeć na bal...
Gości było coraz więcej. Ciągnęły do nas dzieci nie tylko z naszej wsi, lecz i z sąsiednich osad. Wieść o balu rozniosła się lotem ptaka po całej okolicy...
Poważne i przejęte, zajmowały miejsca przy stołach. Siedziały grzecznie, cicho, w oczekiwaniu zabawy... Ludwinka już niosła z kuchni wielkie tace z garnuszkami dymiącej herbaty i ustawiała je przed malcami. - Jedzcie, jedzcie, dzieci!... Już zajadały wesoło, aż skrzyły im się oczy....
-Dzieci, kiedy skończycie jeść, zaśpiewajcie jakąś piękna kolędę...
Za chwilę chór dziecięcych głosów wypełnił całe mieszkanie: "Jezus malusieńki"...
Słychać męskie kroki w korytarzu: idą muzykanci. Bo przecież nie ma balu bez muzyki. Wchodzą do pokoju po kolei ze skrzypkami i basami młodzi chłopcy - nasi sąsiedzi. Wśród dzieci podnosi się wrzawa... Rozpoczyna się bal...
Te tańce dziecinne były jedną z najzabawniejszych rzeczy, jakie widziałam w życiu. Na Podhalu uczą się tańczyć od maleńkości, małpując rodziców, uczą się przede wszystkim góralskiego, który lud tutejszy, tańczy od wieków, od dziada pradziada.
Dzieci, każde po swojemu, robiły, co mogły. Tańczyły parami. Ponosił ich temperament: oto wykatulił się na sam środek pokoju pięcioletni chłopiec, nie mający już cierpliwości czekać na swoją kolej. Nie szukał partnerki, był samowystarczalny: tupiąc zawzięcie nóżkami, z rękami zaciśniętymi kurczowo w piąstki, z twarzą czerwoną od przejęcia, kręcił się w jednym miejscu, oddając się zapamiętale tańcowi, niebaczny na muzykę ani na klaszczących, szalejących na jego widok widzów...
- Polkę! Polkę! wołałam do orkiestry"...
Myślę, że tyle wystarczy, aby zachęcić do przeczytania tej interesującej pozycji.
Jeszcze jedno, długo zastanawiałam się co tak bardzo fascynuje mnie w książkach Marii Kasprowiczowej. Już wiem - odnajduję tam siebie...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz